Po odejściu Małysza wielka dziura w sporcie

Adam Małysz to najlepsza promocja naszego kraju, na jaką stać polski sport. Po jego odejściu powstanie wielka dziura nie tylko w kadrze skoczków, ale w całym polskim sporcie.

Podziękuj Adamowi za wszystkie wspaniałe chwile, które z nim przeżyliśmy!

Reklama

Adam Małysz i ściśle związany z nim Puchar Świata w Zakopanem to zjawisko, jakiego nie mieliśmy w polskim sporcie i długo mieć nie będziemy. 25 tysięcy ludzi przybranych w narodowe barwy, z wymalowanymi twarzami, z trąbkami i transparentami - wszystko to dla jednego małego wzrostem, a wielkiego sercem i duchem człowieka z Wisły!

Bez wątpienia Adam Małysz powinien dostać Order Orła Białego. Żaden sowicie opłacany polityk, żaden artysta tak dobrze jak on nie promuje naszego kraju. Szkoda, że to promowanie poprzez sport w wykonaniu Mistrza z Wisły dobiega końca.

Zostały jeszcze trzy indywidualne konkursy (jeden w Lahti, dwa w Planicy), które będziemy śledzić z zapartym tchem. A później już tylko wielkie zakończenie kariery w Zakopanem podczas imprezy pod nazwą "Skok do celu".

- Zapraszam serdecznie na 26 marca do Zakopanego na podsumowanie mojej kariery. Przyjadą inni zawodnicy, każdy z nich coś wniesie, to będzie prawdziwy skok do celu - mówił w Oslo Adam Małysz.

Apel Orła z Wisły poskutkował. Już zabrakło biletów na "Skok do celu". - Zostały tylko te VIP-owskie po 450 zł - powiedział nam zrozpaczony kibic, który w czwartek o godz. 19 bezskutecznie próbował nabyć bilet. To najlepiej obrazuje, że dla biało-czerwonej rzeki kibiców nie liczyła się ranga zawodów - Puchar Świata. Dla nich największym magnesem był On - Orzeł z Wisły.

Adam Małysz w obiektywie kibiców. Czekamy na Twoją relację, przyślij zdjęcia i filmy

Na każdym kroku kibice Adama wspierali z całych sił, czasem aż do przesady, nie pozwalając mu oddalić się do szatni. Jeszcze w styczniu w Zakopanem fani modlili się, by startował jak najdłużej, wytrwał nawet do olimpiady w Soczi.

Teoretycznie Adam mógł skakać dalej. Małysz to przecież świeżo upieczony brązowy medalista mistrzostw świata czy trzeci skoczek klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, zatem sportowiec daleki od schyłkowej formy.

Sęk w tym, że Orzeł z Wisły to człowiek, który wyznaje zasadę: "trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść". On najlepiej wiedział, ile wysiłku kosztują go mordercze przygotowania do każdego kolejnego sezonu i trudy związane ze startami, podróżami, ciągłym życiem na walizkach. Dlatego postanowił odejść wtedy, gdy jest w świetle reflektorów, a nie wówczas, gdy zgasną światła, bo Adam np. wypada poza pierwszą dziesiątkę PŚ.

Sportowym wzorem dla Małysza jest inny wielki skoczek - Jens Weissflog, a Niemcy nazywają Orła z Wisły Królem Wiessflogiem II. Jens odszedł również wtedy, gdy był na szczycie.

Adam schodzi ze sceny w wieku 33 lat. O rok mniej miał, kiedy kończył karierę, jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy - Zbigniew Boniek. Stało się to w 1988 r. Reprezentacja Polski bez Zibiego wpadła w głęboki kryzys i aż do 2002 r. nie mogła awansować do ważnej imprezy rangi mistrzostw Europy czy mistrzostw świata. Wierzę, że głównie dzięki Kamilowi Stochowi polskie skoki nie wpadną w taką "czarną dziurę".

Wielką klasę Adama Małysza obrazują nie tylko jego skoki czy zachowanie na skoczni, ale też inne, czasem ważniejsze sprawy. Na przykłada taka: Adam, zanim ogłosił światu, że to koniec, spotkał się z prezesem PZN-u Apoloniuszem Tajnerem. Po co? By wyprosić go o dalsze zatrudnienie w PZN-ie trenerów Roberta Matei i Macieja Maciusiaka, których umowy pewnie by wygasły wobec tego, że Hannu Lepistoe odchodzi razem z Adamem Małyszem...

Dowiedz się więcej na temat: sporty | Adam Małysz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje